Kiedy w 1551 roku sięgający swoimi korzeniami austriackiego Tyrolu ród Larischów przejmował śląską Karvinnę- Karwinę (a rok później doklejał do tego majątku pobliską Solcę) okolica jawić się musiała iście idyllicznie. Wśród łanów zbóż mieniły się błękitem mnogie stawy rybne, a brzegi ich porastały wiekowe dęby. Heindrich-Jiří Larisch z Lhoty (dziś Ligota Bialska koło Prudnika) - sędzia Księstwa Cieszyńskiego- dostał Karvinnę w posagu swojej żony Zofii Rudzkiej. Mimo iż w późniejszych dekadach posiadłości Larischów niewspółmiernie się rozrosły, to właśnie wioska nad Karvińskim Potokiem miała pozostawać miejscem, gdzie członkowie rodu najchętniej wypoczywali.
Miejscowość była dość stara, a jej nazwa pojawiła się w źródłach po raz pierwszy pod rokiem 1305. Przywilej kolonizacyjny Władysława II Opolskiego zezwalał Benedyktynom z Orłowej (czes. Orlová) na zakładanie osad dla ludzi, którzy mieli się zajmować pozyskiwaniem soli z pobliskich zasolonych źródeł, które występowały licznie na okolicznych polach i w lasach. Tak powstała wieś Solca, zaś wkrótce sprowadzeni do niej osadnicy zauważyli, że wiejskie krowy upodobały sobie na pastwiska tereny nieco na zachód od zabudowań. Tamtejszej wodzie przypisywano fakt, iż rzeczone krowy miały zdrową, miękką sierść i dawały dużo mleka. W krótkim czasie wykarczowano tam nieco lasu i postawiono kilka chałup, zaś miejsce nazwano od słowa "karva" oznaczającego niegdyś krowę (dopiero później literki pozamieniały się miejscami, jak w przypadku polskiego karpia i czeskiego kapra)- Karvinną.
Larischowie, oprócz systematycznego gromadzenia majątków ziemskich, kolekcjonowali też nowe tytuły, stając się jednym z ważniejszych rodów na czesko-austriackiej scenie politycznej. Jeszcze w XVII wieku stali się wolnymi panami stanowymi, zaś w roku 1748 (po dwóch "wojnach śląskich", po zakończeniu których Karwina stała się miejscowością nadgraniczną) zyskali tytuł hrabiowski. Zresztą nie pozostawało to bez związku- wyróżnienie dla Larischów było nagrodą za wierne stanie przy cesarzowej podczas pruskiej inwazji.
Nieco wcześniej, kiedy krajem rządził jeszcze stary cesarz Karol VI, a pruska napaść, wobec podziwu i szacunku jaki przejawiał wobec niego Fryderyk Wilhelm I, była tematem z kategorii science fiction, Larischowie wystawili w Karvinnie nowy kościół. Barokowa świątynia pod wezwanie św. Piotra z Alkantary stanęła w 1736 roku na pięknym wzgórzu pośrodku wioski zastępując stary drewniany kościół św. Marcina.
Pan na zamku w Polance (dziś dzielnica Ostravy), wywodzący się z nobliwej, sięgającej jeszcze czasów rycerskich, szlachty, Jan Vaclav von Mönnich postanowił przejść przez życie jako kawaler (albo też tak mu się prostu niefortunnie poukładało). Miał jednak to nieszczęście, że był ostatni w rodzie. Dziś już nie dojdziemy dlaczego czekał z rozdysponowaniem swoich pokaźnych włości niemal do ostatniej chwili żywota, ale ważne jest, że zanim oddał ducha Panu, przypomniał sobie, że jednak ma córkę. Ta miała już wówczas 17 lat i mieszkała w tym samym budynku razem ze swoją matką, owdowiałą gospodynią Anną Nelhyblovou. Po rychłej śmierci Jan Vaclava, praktycznie z dnia na dzień, Anna Maria Tekla stała się dziedziczką dość sporego majątku, zaś przede wszystkim spadkobierczynią nazwiska, na które ostrzyło sobie zęby wielu arystokratów, wśród nich zaś Jan Józef hrabia Larisch. Zapiski mówią o sporej determinacji młodego Larischa bywającego pod koniec lat 80-tych XVIII wieku dość regularnie na zamku w Hnojniku, gdzie młoda panienka przebywała pod opieką Jiřího Fridricha Beesse z Chrastiny. Koniec końców dopiął swego i w roku 1791 w tymże Hnojniku Anna Maria Tekla stała się panią Larisch, a właściwie Larisch von Mönnich, bo stary lis Jan Vaclav przed śmiercią postawił też i warunek, aby przyszły małżonek córki dodał jego rodowe nazwisko do swojego. Panowie Larisch von Mönnich, szczęśliwym dla nich, acz patrząc na ostateczny rozrachunek mało szczęśliwym dla Karvinny i okolic, zrządzeniem losu, niemal w tym samym czasie, kiedy swój interes w Prusach rozkręcać zaczął Karol Godula, rozpoczęli swoją spektakularną, węglową drogę do sukcesu, fortuny i najwyższych urzędów w państwie.
Jak to z tym węglem na karvińsku było? Legenda głosi, że odkrycie pierwszych wychodni pokładów zawdzięcza się hrabinie Marii Annie, która wracając w 1776 roku z jednego z rekreacyjnych wypadów nad karvińskie stawy miała mieć suknię zabrudzoną w dość charakterystyczny sposób, na co od razu zwrócił uwagę jej małżonek Jan Józef Erdman. A że był człowiekiem bywałym w świecie i miał też za sobą podróż do zrewolucjonizowanej właśnie przemysłem Anglii, od razu pokojarzył, że najprawdopodobniej chodzi o węgiel.
Szybko poczyniono specjalistyczne rozpoznania i rozpoczęto prymitywne wydobycie za pośrednictwem sztolni i dwóch szybów. Dziś na terenie zamkniętej w 2021 roku kopalni "Důl ČSA" (Kopalnia imienia Armii Czechosłowackiej) oznaczone jest miejsce jednego z nich- "Segen Gottes" ("Błogosławieństwo Boże" przekształconego później w "Szczęść Boże" czyli " Zdař Bůh"). Napis głosi, że rozpoczęto go drążyć w 1776 roku, a zakończono w XIX w. po osiągnięciu głębokości 43 metrów.
Początki były mało obiecujące. Węgiel co prawda był i wstępnie było wiadomo, że jest go dużo, ale... nie było nabywców. Epoka maszyn parowych i hut w Cesarstwie Austriackim dopiero raczkowała, zaś prości ludzie zamiast zasmradzać okolicę i podtruwać się czadem woleli jednak stare, sprawdzone drewno. Po kilku miesiącach prace wydobywcze przerwano.
Jan Józef Larisch von Mönnich czekał więc na lepszą węglową koniunkturę, tymczasem zaś, korzystając z pieniędzy własnych oraz tych z żoninego posagu, skupował zadłużone posiadłości bliższych i dalszych sąsiadów. Kupił sąsiadujące z Karvinną miasto Frysztat (1792), gdzie rozbudował stojący do dziś przy rynku pałac. W latach 20-tych XIX wieku wszedł w posiadanie dóbr Kunzerdorf (Kończyce Wielkie)- dawnego zamku przodków wsławionego w historii Zabrza barona Wilczka, któremu do dziś zawdzięcza swoją nazwę jedna z dzielnic. Majątek pomnażał m.in. za pośrednictwem sprzedaży wełny z krzyżówki sprowadzonych na Śląsk z Górnych Węgier (a właściwie, jak byśmy dziś poprawnie politycznie napisali- Słowacji) baranów rasy merynos z owcami z francuskimi. Hodowla kwitła w tzw. "Dworze Henryka".
Dopiero potomkowie Jana Józefa- urodzony w 1793 roku (zmarły w 1859) Heindrich (Henryk), Jan (1821-1884), oraz najwybitniejszy w tym towarzystwie następny Heindrich (Henryk, Jindřich) (1850-1918) rozwinęli na dobre przemysł wydobywczy w Karvinnie zakładając kilka kopalń. Na terenach, gdzie jeszcze nie tak dawno pasły się zadowolone stada krów, a ludność trudniła się rolnictwem i rybołówstwem, jak grzyby po deszczu wyrastały nowe szyby.
W latach 50-tych XIX wieku na północ od historycznego centrum Karvinny, Larischowie von Mönnich założyli w sumie pięć kopalń: "Jan", "Karol", "Henryk", "Franciszki" i "Głęboką". Szyby dwóch pierwszych sąsiadowały ze sobą na tyle blisko, że szybko scalono te kopalnie w jedną pod nazwą "Jan-Karol". Kiedy startował przemysł wydobywczy w tych, a także kilku innych kopalniach wokół Karvinny, które miały innych właścicieli (np. "Gabriela", "Barbary" czy "Hohenegger" należących do Komory Cieszyńskiej i wydobywających na potrzeby rozrastającej się huty w Trzyńcu), miejscowość liczyła około 1500 mieszkańców i szybko się rozrastała.
Popyt na węgiel szybko rósł. Zaczęto budować Kolej Północną Cesarza Ferdynanda z Wiednia do Krakowa, która miała zapewnić Wiedniowi połączenie z kopalniami soli w Galicji i usprawnić jej transport. Ostatecznie jednak towarem, który przewożono w największych ilościach, stał się węgiel. Był niezbędny do produkcji żelaza na budowę kolei, do napędzania parowozów oraz w innych gałęziach przemysłu. Jedną z pierwszych kopalń głębinowych w Zagłębiu Karvińskiem była wspomniana kopalnia "Jan-Karol", późniejsza Kopalnia "ČSA".
Efektem boomu węglowego i podprowadzenia linii kolejowej była budowa szkół, szpitali, przytułków dla sierot, domów dla inwalidów, powstawały hotele, domy kultury, nowe sklepy i mnogie osiedla patronackie dla pracowników zakładów wydobywczych. Karvinná szczyciła się też własnym browarem, gorzelniom oraz ogromnym ratuszem (rok budowy 1908).
Wobec zwiększającej się liczby mieszkańców oraz z uwagi na fakt, że stary kościół św. Piotra z Alkantary pod wpływem postępujących szkód górniczych znacząco się pochylił i zachodziły obawy, że przyszłościowo trzeba będzie tę świątynię wyburzyć- w scalonej już w zasadzie z Karvinną Solcy postawiono też nowy monumentalny kościół. Neorenesansowa budowla, wzorowana na bazylice św. Krzyża z Florencji, stanęła w 1897 roku. Miała 66 metrów długości, 33 metry szerokości i mogła pomieścić 4 tysiące wiernych. Kościół zyskał wezwanie św. Henryka (Jindřicha).
"Podróżnik, przybywający zwiedzić miasteczko Karwinę, położone na szlaku kolei koszycko- bogumińskiej w powiecie frysztackim, zobaczyć może wiele ciekawych rzeczy i zachwycające panoramy. Dosyć obszerny dworzec kolejowy jakby tonął w otaczających jeziorach, przeplatanych fałdowanymi brzegami lub zasypanych po części odpadkami kopalnianymi. Na widnokręgu – szczególnie od strony północnej miasta – widać z dala w obrazie potężnych wysokich kominów i żelaznej konstrukcji wieży szybowych cztery główne szyby: Jan-Karol, Franciszka, Henryk i Głęboki, oto imiona szybów, które przeszło 100 lat wyrzucają przez otwór swych gardzieli z drugiego, dla wszystkich niedostępnego i nieznanego świata, miliony złota w postaci węgla kamiennego. Przed 50 laty tam, gdzie dziś widać jeziora i zapadliska, zieleniły się zboża i trawy.
Wspaniałe i wielkim nakładem zbudowane szyby stały się niewyczerpanymi gardzielami do wyrzucania węgla, bogactwa dla właściciela, lecz zarazem codziennych ofiar rannych lub zabitych górników. Do pojedynczych ofiar już się tak przyzwyczajono, że oprócz formalności komisyjnych, po odprawieniu pogrzebu z paradą i zasypaniu ziemią na cmentarzu karwińskim, nikt się więcej nie interesuje zabitym górnikiem. Były jednak w dziejach istnienia wspomnianych szybów momenty tak straszne i nadzwyczajne, że spowodowały wstrząśnienie nerwów nawet u codziennych widzów ofiar pracy. Masowe katastrofy dopełniały liczbę ofiar tych szybów. W okresie dziesięciolecia wydarzyły się na wspomnianych szybach dwie katastrofy, w których za jednym zamachem przeszło 400 górników utraciło życie. Pewna część z nich nawet nie została odszukana, aby znaleźć spoczynek na cmentarzu karwińskim."
Do pokładu 19-tego udało się też wkrótce dotrzeć od strony szybu kopalni "Franciszki", która już wcześniej połączona była na wyższych poziomach z kopalniami "Jan-Karol", :Głęboką" i "Henrykiem".
Po krótkiej przygotówce prace wydobywcze ruszyły z kopyta. Władze kopalń na tę okoliczność postanowiły nawet zmienić system dwuzmianowy na trójzmianowy (po rezygnacji z 12 godzinnej dniówki obowiązywał system dwóch zmian po 10 godzin. Nocna zmiana kończyła pracę o 2-giej, natomiast poranna pracowała od 6-tej do 16-tej). Teraz fedrunek szedł non stop podczas 3 zmian po 8 godzin. Było jednak kilka niedociągnięć, a parafrazując pewnego bohatera polskiej komedii wręcz ciężko by się było doszukać w tym węglowym szaleństwie związanym z pokładem 19-tym rzeczonych dociągnięć.
Ale oddajmy jeszcze raz głos Alojzemu Bonczkowi:
"Już sam wygląd pokładu zaraz po jego odkryciu stał się przedmiotem specjalnych uwag górniczych odnośnie do bezpieczeństwa przy eksploatacji. Czterometrowa grubość węgla, położonego nierównolegle, działek czystego węgla z mieszaniną kamienia zwanego „mitlem” łupkowym, spowodowało gromadzenie się odpadków, zawierających część węgla z mieszaniną niedojrzałych kruszców siarczano-węglowych, które rzucano za siebie, wytwarzając w każdej sztolni hałdy nieużytków. Sam węgiel był bardzo krzewki, przepojony nadzwyczajną ilością tlenu. Skutkiem naturalnej krzewkości węgla, kruszenie skały węglowej było łatwiejsze, jednakowoż odpadki przy kopaniu kilofem przemieniały się w prochową kurzawę, która osiadała na ścianach i zabudowaniach sztolni. Kalorie węgla samego złożone były z nadzwyczaj zapalnych składników. Wszystkie przytoczone właściwości węgla tego nowego pokładu obudzić musiały u każdego fachowca – a do takich zaliczyć należy każdego starszego górnika – pewne zastanowienie i trwogę o bezpieczeństwo życia przy wydobywaniu. Także kierownictwo kopalni przewidywało następstwa, które zdarzyć się mogą, jeżeli praca w tym pokładzie prowadzona będzie lekkomyślnie, bez należytego przewietrzania i przy zaniedbaniu przepisów górniczo-policyjnych.
Tu wspomnieć muszę, że w owym czasie górnicy w kopalni świecili jeszcze lampkami napełnionymi oliwą, której po zgaszeniu nie było można w kopalni ponownie zaświecić. Na szybach Larischa powietrze od szybów wentylacyjnych zawierało 2–3% gazów zapalnych. Nierzadkie były wypadki, że badanie gazów za pomocą światła lampki olejowej wykazało zupełną czystość w czole pracy, a po odejściu strzału cały przód i złomy węgla stanęły w płomieniu niebieskim. Od strzałów zapaliły się gazy, a zarazem zwały odstrzelonego węgla. Powodem tak łatwego zapalenia się był proszkowaty węgiel, zawierający siarczan węglowy. Jako środek zapobiegawczy przeciwko łatwozapalności zarządzono skrapianie wodą wszystkiego, co znajdowało się w odległości 20 m wokoło strzału. W tym celu do każdego ,,przodku” prowadziły najmniej 5 cm grube rurki żelazne z dopływem wody z powierzchni."
Dwa lata "dzikiego" wydobycia w pokładzie 19-tym spustoszyły pod ziemią teren o wielkości 6 km2. Kiedy ciężko już było znaleźć filar o grubości 20 metrów rozpoczęło się rabowanie filarów. Przy tych robotach również pracowano bez opamiętania tak, że dwuosobowa brygada potrafiła w ciągu szychty zapełnić węglem 50-60 wózków. Po rabunku w miejscach, gdzie wcześniej zalegał "złoty" pokład 19-ty, pozostały zwały pyłu węglowego sięgającego ponoć miejscami 50 cm Wyrabowane pola zawalały się po wyciągnięciu obudów, a w pustych przestrzeniach masowo gromadziły się gazy.
Na to, co stało się ostatecznie 14 czerwca 1894 roku, pracowano więc usilnie przez około 2 lata. Urodzony w 1891 roku w Karvinnie Gustaw Morcinek po latach odtworzył te chwile, korzystając ze wspomnień krewnych, w powieści "Czarna Julka":
„W ciepłą, czerwcową noc roku 1894, a dnia czternastego, we czwartek, przed godziną dziesiątą, nastąpił pierwszy wybuch. Zatrzęsła się ziemia, zakolebały się familoki, a z studni szybowej na „Franciszce” wystrzelił pod niebo ogromny, czarny, ciężki słup dymu, potem drugi z obok znajdującego się szybu wentylacyjnego. A potem już dym jął walić ze wszystkich studni szybowych, z „Jana”, „Henryka”, „Karola” i „Głębokiego”, i ze wszystkich szybów wentylacyjnych! Widzieliśmy, jak wybuch wyrzucił ogromne, stalowe kopuły nakrywające wyloty szybów wentylacyjnych! Wszystko widzieliśmy i słyszeliśmy! Krzyczących ludzi, co wybiegali z domów i spieszyli na szyby, płaczące matki i żony tych górników, którzy znajdowali się na dole, dzieci biegnące za matkami i wołające: „Tatulek na dole! Tatulek na dole!...”
„Potem nastąpił jeszcze jeden wybuch. Taka ogromna eksplozja. Ziemia zadygotała. Wszystkie szyby zadymiły strasznie, pod niebo wzbiły się wielkie słupy zbałwanionego dymu, dym zaś był czarny jak noc”."
Alojzy Bonczek, pracujący wówczas na kopalni "Jan-Karol", przeżył to wszystko osobiście:
"Koło pół do 10-tej wieczór naraz dał się słyszeć ogromny huk wstrząsający całą kopalnią, przerażając nas wszystkich swym łoskotem połączonym ze zupełnem przerwaniem chwilowem prądu powietrza. […] Rzuciliśmy się po ciemku (gdyż nam huk lampy pogasił) do ucieczki, lecz każdy zrozumie, jak daleko można bez światła w kopalni uciekać... […] Podążyliśmy ku głównym drzwiom oddalonym o jakie 20 metrów. […] Przy otwarciu owiał nas czarny kłąb dymu, zatykając nam usta i tamując oddech. […] Ogromnie przerażeni, zostaliśmy chwilę zamyśleni, co teraz czynić, gdyż ucieczka pod szyb została nam tym sposobem odcięta. Została nam jeszcze jedna stara pochylnia do dyspozycyi i jedyna droga do ucieczki. Chcąc się dostać pod tę w tej chwili szczęśliwą pochylnię musieliśmy wrócić nazad od szybu jakie 500 metrów, któreśmy przebiegli prędzej, aniżeli może ptak byłby w stanie przelecieć. […] Panika była nie do opisania. Każdy chciał być pierwszy w klatce i na wierzchu. Bez jakiegokolwiek uwzględnienia przepisanej ilości pakowano do klatki, ile tylko zmieścić się mogło. Za kilkadziesiąt minut byliśmy na wierzchu, oddychając świeżem powietrzem”.
Po pierwszym wybuchu o godzinie 21.30 (w ogólnej panice mało kto myślał, że może ich być więcej) i jako-takim opanowaniu emocji, pierwsze drużyny ratownicze szybami kopalni "Jan-Karol", "Franciszki" i "Głębokiej" zjechały na akcje ratownicze. Następna eksplozja, która miała miejsce o 22.00, mocą ognia i podmuchu rozerwała na strzępy całą ekipę ratowniczą wraz z urzędnikami, która w sile 60 osób od strony "Franciszki" ruszała właśnie na pomoc uwięzionym pod ziemią kolegom. Najprawdopodobniej wybuch nr 1 usunął w głębi kopalni wszelkie tamy i inne przeszkody umożliwiając następnym detonacjom zaistnieć ze zwiększoną mocą. Kolejna eksplozja o 7.00 rano, uważana za najsilniejszą, wyrzuciła z szybu "Jana" klatkę szybową kilka metrów w górę. Po niej miały miejsce jeszcze dwie- o 8.11 i 9.15. W tej chwili stało się jasne, że pod ziemią płonie cała kopalnia i porzucono myśl o kontynuowaniu ratunku górników, którzy jakimś cudem mogli to wszystko przeżyć. Po tygodniach, miesiącach, a czasami latach, miało się okazać, że była to decyzja pochopna. Decyzją kierownictwa z karwińskiego tartaku zwieziono deski, którymi zasłonięto wyloty szybów ("Jan", "Karol", "Franciszki" i "Głęboki") następnie pokrywając je grubą warstwą ziemi. Był to jedyny sposób, aby pozbyć się ognia...
Po kilku dniach zdecydowano się wysłać na dół rekonesans od strony najdalej oddalonej od epicentrum wybuchów kopalni "Głęboka". Górnicy, ubrani w specjalne, szczelne od pasa w górę kombinezony, wentylowani powietrzem z powierzchni za pomocą systemu rur, rozpoczęli makabryczną podróż po krótkiej historii katastrofy napotykając co rusz na rozczłonkowane ciała i masy poduszonych towarzyszy, a także truchła zabitych koni. Po zamknięciu szybów zaprzestano odwadniania kopalni, co sprawiło, że cały feralny poziom 6-ty zalała woda. Ciała ludzi i koni, które przebywały w tej wodzie kilka miesięcy, stanowiły szczególny obraz masakry połączonej z trudnym do opisania odorem. Na wyższych poziomach, w których wody nie było, zabite w katastrofie konie trzeba było specjalnymi toporami rozczłonkowywać. To były sceny, których wszyscy ratownicy i każdy z osobna nie zapomnieli do końca życia.
Porządkowanie kopalń po wydarzeniach z czerwca 1894 roku trwało około trzech lat. Obliczono, że łącznie katastrofa pochłonęła 235 ofiar (181 na "Franciszce" i 49 na "Janie-Karolu"), zaś z tego grona 58 górników spoczywa w miejscu, gdzie 14 czerwca 1894 roku po raz ostatni zamknęła oczy. Pozawalane na kilkadziesiąt metrów w górę wyrobiska skutecznie uniemożliwiły wydobycie ich doczesnych szczątków na powierzchnię. Nad przypuszczalnym miejscem ich wiecznego spoczynku hrabia Larisch von Mönnich wystawił pamiątkową kaplicę.






.png)

















