czwartek, 30 października 2025

Przypadek Karvinná. Metanowa apokalipsa roku 1894



Kiedy w 1551 roku sięgający swoimi korzeniami austriackiego Tyrolu ród Larischów przejmował śląską Karvinnę- Karwinę (a rok później doklejał do tego majątku pobliską Solcę) okolica jawić się musiała iście idyllicznie. Wśród łanów zbóż mieniły się błękitem mnogie stawy rybne, a brzegi ich porastały wiekowe dęby. Heindrich-Jiří Larisch z Lhoty (dziś Ligota Bialska koło Prudnika) - sędzia Księstwa Cieszyńskiego- dostał Karvinnę w posagu swojej żony Zofii Rudzkiej. Mimo iż w późniejszych dekadach posiadłości Larischów niewspółmiernie się rozrosły, to właśnie wioska nad Karvińskim Potokiem miała pozostawać miejscem, gdzie członkowie rodu najchętniej wypoczywali.

Karvinna u progu wielkiej industrializacji około 1840 roku. Z tyłu widać kominy szklarni Larischów.
 Mnie więcej w tym samym miejscu staną później szyby kopalni "Jan-Karol"

Miejscowość była dość stara, a jej nazwa pojawiła się w źródłach po raz pierwszy pod rokiem 1305. Przywilej kolonizacyjny Władysława II Opolskiego zezwalał Benedyktynom z Orłowej (czes. Orlová) na zakładanie osad dla ludzi, którzy mieli się zajmować pozyskiwaniem soli z pobliskich zasolonych źródeł, które występowały licznie na okolicznych polach i w lasach. Tak powstała wieś Solca, zaś wkrótce sprowadzeni do niej osadnicy zauważyli, że wiejskie krowy upodobały sobie na pastwiska tereny nieco na zachód od zabudowań. Tamtejszej wodzie przypisywano fakt, iż rzeczone krowy miały zdrową, miękką sierść i dawały dużo mleka. W krótkim czasie wykarczowano tam nieco lasu i postawiono kilka chałup, zaś miejsce nazwano od słowa "karva" oznaczającego niegdyś krowę (dopiero później literki pozamieniały się miejscami, jak w przypadku polskiego karpia i czeskiego kapra)-  Karvinną.  

Larischowie, oprócz systematycznego gromadzenia majątków ziemskich, kolekcjonowali też nowe tytuły, stając się jednym z ważniejszych rodów na czesko-austriackiej scenie politycznej. Jeszcze w XVII wieku stali się wolnymi panami stanowymi, zaś w roku 1748 (po dwóch "wojnach śląskich", po zakończeniu których Karwina stała się miejscowością  nadgraniczną) zyskali tytuł hrabiowski. Zresztą nie pozostawało to bez związku- wyróżnienie dla Larischów było nagrodą za wierne stanie przy cesarzowej podczas pruskiej inwazji.

Na mapie widoczny Frysztat (Freystatt)- dziś część Karwiny z centrum miasta

Nieco wcześniej, kiedy krajem rządził jeszcze stary cesarz Karol VI, a pruska napaść, wobec podziwu i szacunku jaki przejawiał wobec niego Fryderyk Wilhelm I, była tematem z kategorii science fiction, Larischowie wystawili w Karvinnie nowy kościół. Barokowa świątynia pod wezwanie św. Piotra z Alkantary stanęła w 1736 roku na pięknym wzgórzu pośrodku wioski zastępując stary drewniany kościół św. Marcina. 


W roku 1766, na zamku w Karvinnie, ze związku Jana Józefa Erdmana z hrabianką Marią Anną Hodicovą z Olbramic urodził się Jan Józef hrabia Larisch. Wszechstronnie wykształcony (m.in. w Wiedniu) młodzieniec pojął w 1791 roku za żonę Annę Marię Teklę von Mönnich dodając swojemu rodowi wiele splendoru. A niewiele brakowało, by panna von Mönnich w ogóle nie nosiłaby tego nazwiska i pozostała zapomnianą przez historię, anonimową czeską chłopką. Jej historia przypomina odrobinę przypadek najsłynniejszego śląskiego kopciuszka- Joanny Gryzik Godula. 

Pan na zamku w Polance (dziś dzielnica Ostravy), wywodzący się z nobliwej, sięgającej jeszcze czasów rycerskich, szlachty, Jan Vaclav von Mönnich postanowił przejść przez życie jako kawaler (albo też tak mu się prostu niefortunnie poukładało). Miał jednak to nieszczęście, że był ostatni w rodzie. Dziś już nie dojdziemy dlaczego czekał z rozdysponowaniem swoich pokaźnych włości niemal do ostatniej chwili żywota, ale ważne jest, że zanim oddał ducha Panu, przypomniał sobie, że jednak ma córkę. Ta miała już wówczas 17 lat i mieszkała w tym samym budynku razem ze swoją matką, owdowiałą gospodynią Anną Nelhyblovou. Po rychłej śmierci Jan Vaclava, praktycznie z dnia na dzień, Anna Maria Tekla stała się dziedziczką dość sporego majątku, zaś przede wszystkim spadkobierczynią nazwiska, na które ostrzyło sobie zęby wielu arystokratów, wśród nich zaś Jan Józef hrabia Larisch. Zapiski mówią o sporej determinacji młodego Larischa bywającego pod koniec lat 80-tych XVIII wieku dość regularnie na zamku w Hnojniku, gdzie młoda panienka przebywała pod opieką  Jiřího Fridricha Beesse z Chrastiny. Koniec końców dopiął swego i w roku 1791 w tymże Hnojniku Anna Maria Tekla stała się panią Larisch, a właściwie Larisch von Mönnich, bo stary lis Jan Vaclav przed śmiercią postawił też i warunek, aby przyszły małżonek córki dodał jego rodowe nazwisko do swojego. Panowie Larisch von Mönnich, szczęśliwym dla nich, acz patrząc na ostateczny rozrachunek mało szczęśliwym dla Karvinny i okolic, zrządzeniem losu, niemal w tym samym czasie, kiedy swój interes w Prusach rozkręcać zaczął Karol Godula, rozpoczęli swoją spektakularną, węglową drogę do sukcesu, fortuny i najwyższych urzędów w państwie.

Herb hrabiów Larisch von Mönnich

Jak to z tym węglem na karvińsku było? Legenda głosi, że odkrycie pierwszych wychodni pokładów zawdzięcza się hrabinie Marii Annie, która wracając w 1776 roku z jednego z rekreacyjnych wypadów nad karvińskie stawy miała mieć suknię zabrudzoną w dość charakterystyczny sposób, na co od razu zwrócił uwagę jej małżonek Jan Józef Erdman. A że był człowiekiem bywałym w świecie i miał też za sobą podróż do zrewolucjonizowanej właśnie przemysłem Anglii, od razu pokojarzył, że najprawdopodobniej chodzi o węgiel.

Szybko poczyniono specjalistyczne rozpoznania i rozpoczęto prymitywne wydobycie za pośrednictwem sztolni i dwóch szybów. Dziś na terenie zamkniętej w 2021 roku kopalni "Důl ČSA"  (Kopalnia imienia Armii Czechosłowackiej) oznaczone jest miejsce jednego z nich- "Segen Gottes" ("Błogosławieństwo Boże" przekształconego później w "Szczęść Boże" czyli " Zdař Bůh"). Napis głosi, że rozpoczęto go drążyć w 1776 roku, a zakończono w XIX w. po osiągnięciu głębokości 43 metrów.    

Początki były mało obiecujące. Węgiel co prawda był i wstępnie było wiadomo, że jest go dużo, ale... nie było nabywców. Epoka maszyn parowych i hut w Cesarstwie Austriackim dopiero raczkowała, zaś prości ludzie zamiast zasmradzać okolicę i podtruwać się czadem woleli jednak stare, sprawdzone drewno.  Po kilku miesiącach prace wydobywcze przerwano.

Jan Józef Larisch von Mönnich czekał więc na lepszą węglową koniunkturę, tymczasem zaś, korzystając z pieniędzy własnych oraz tych z żoninego posagu, skupował zadłużone posiadłości bliższych i dalszych sąsiadów. Kupił sąsiadujące z Karvinną miasto Frysztat (1792), gdzie rozbudował stojący do dziś przy rynku pałac. W latach 20-tych XIX wieku wszedł w posiadanie dóbr Kunzerdorf (Kończyce Wielkie)- dawnego zamku przodków wsławionego w historii Zabrza barona Wilczka, któremu do dziś zawdzięcza swoją nazwę jedna z dzielnic. Majątek pomnażał m.in. za pośrednictwem sprzedaży wełny z krzyżówki sprowadzonych na Śląsk z Górnych Węgier (a właściwie, jak byśmy dziś poprawnie politycznie napisali- Słowacji) baranów rasy merynos z owcami z francuskimi. Hodowla kwitła w tzw. "Dworze Henryka".

Dopiero potomkowie Jana Józefa- urodzony w 1793 roku (zmarły w 1859) Heindrich (Henryk), Jan (1821-1884), oraz najwybitniejszy w tym towarzystwie następny Heindrich (Henryk, Jindřich) (1850-1918) rozwinęli na dobre przemysł wydobywczy w Karvinnie zakładając kilka kopalń. Na terenach, gdzie jeszcze nie tak dawno pasły się zadowolone stada krów, a ludność trudniła się rolnictwem i rybołówstwem, jak grzyby po deszczu wyrastały nowe szyby. 



W latach 50-tych XIX wieku na północ od historycznego centrum Karvinny, Larischowie von Mönnich założyli w sumie pięć kopalń: "Jan", "Karol", "Henryk", "Franciszki" i "Głęboką". Szyby dwóch pierwszych sąsiadowały ze sobą  na tyle blisko, że szybko scalono te kopalnie w jedną pod nazwą "Jan-Karol". Kiedy startował przemysł wydobywczy w tych, a  także kilku innych kopalniach wokół Karvinny, które miały innych właścicieli (np. "Gabriela", "Barbary" czy "Hohenegger" należących do Komory Cieszyńskiej i wydobywających na potrzeby rozrastającej się huty w Trzyńcu), miejscowość liczyła około 1500 mieszkańców i szybko się rozrastała. 

Popyt na węgiel szybko rósł. Zaczęto budować Kolej Północną Cesarza Ferdynanda z Wiednia do Krakowa, która miała zapewnić Wiedniowi połączenie z kopalniami soli w Galicji i usprawnić jej transport. Ostatecznie jednak towarem, który przewożono w największych ilościach, stał się węgiel. Był niezbędny do produkcji żelaza na budowę kolei, do napędzania parowozów oraz w innych gałęziach przemysłu. Jedną z pierwszych kopalń głębinowych w Zagłębiu Karvińskiem była wspomniana kopalnia "Jan-Karol", późniejsza Kopalnia "ČSA". 

Efektem boomu węglowego i podprowadzenia linii kolejowej była budowa szkół, szpitali, przytułków dla sierot, domów dla inwalidów, powstawały hotele, domy kultury, nowe sklepy i mnogie osiedla patronackie dla pracowników zakładów wydobywczych. Karvinná szczyciła się też własnym browarem, gorzelniom oraz ogromnym ratuszem (rok budowy 1908). 





Ratusz

W roku 1873 Larischowie, których węglowa fortuna zaczęła w zastraszającym tempie rosnąć, wystawili w Solcy pałac, który stał się wkrótce główną siedzibą rodu. Przy pałacowej kaplicy wzniesiono rodzinne mauzoleum.  


Wobec zwiększającej się liczby mieszkańców oraz z uwagi na fakt, że stary kościół św. Piotra z Alkantary pod wpływem postępujących szkód górniczych znacząco się pochylił i zachodziły obawy, że przyszłościowo trzeba będzie tę świątynię wyburzyć- w scalonej już w zasadzie z Karvinną Solcy postawiono też nowy monumentalny kościół. Neorenesansowa budowla, wzorowana na bazylice św. Krzyża z Florencji, stanęła w 1897 roku. Miała 66 metrów długości, 33 metry szerokości i mogła pomieścić 4 tysiące wiernych. Kościół zyskał wezwanie św. Henryka (Jindřicha).


Kiedy w 1884 roku Heindrich hrabia Larisch- Mönnich obejmował władzę nad rodowym fideikomisem wszystkie cztery kopalnie hrabiowskie wydobywały już czarne złoto pełną parą, zaś do Karvinny niemal dzień w  dzień płynął potok ludzi spragnionych godnego życia i rzetelnych wypłat. Przybysze, w głównej mierze z polskiej, biednej Galicji, ale też z innych części Śląska, Moraw, Czech, skuszeni perspektywą własnego lokum z ogródkiem, podejmowali pracę w zakładach i jedynie niewielki odsetek z nich po kilku dniach wracał z podkulonym ogonem w rodzinne strony. Twardzi zostawali, bo czuli się na siłach, ci mniej twardzi po prostu z obawy ośmieszenia i przyszycia łatki tchórza. W stosunku do płac w innych zawodach zarobki bowiem były dość wysokie, ale... no właśnie... Węgla potrzeba było z dnia na dzień coraz więcej, więc praca zmianowa na kopalniach trwała prawie 24 godziny na dobę. Dozór górniczy czuwał nad zwiększaniem się ilości wyjeżdżających szybami wózków z urobkiem lekceważąc przy tym bardziej lub mniej świadomie warunki bezpieczeństwa. Podkręcanie śruby wydobywczej i urąganie zasadom bezpieczeństwa, co zresztą wcześniej zresztą wielu górników przewidywało, musiało skończyć się tragicznie i faktycznie tak też się skończyło. Katastrofa nastąpiła 14 czerwca 1894 roku, choć początkowo nic na nią nie wskazywało. Długi czerwcowy dzień miał się już prawie ku końcowi...

Naocznym świadkiem i uczestnikiem wydarzeń, o których opowieść jeszcze dziś jeży włos na głowie, był polski górnik, urodzony w Suchej Górnej (Horní Suchá) Alojzy Bonczek. W roku 1911 zdecydował się opisać ze szczegółami owe wstrząsające chwile w książce "Przyczynek do historyi rozwoju górnictwa i ruchu górniczego na Śląsku". Wspomnienia zaczął słowami:

"Podróżnik, przybywający zwiedzić miasteczko Karwinę, położone na szlaku kolei koszycko- bogumińskiej w powiecie frysztackim, zobaczyć może wiele ciekawych rzeczy i zachwycające panoramy. Dosyć obszerny dworzec kolejowy jakby tonął w otaczających jeziorach, przeplatanych fałdowanymi brzegami lub zasypanych po części odpadkami kopalnianymi. Na widnokręgu – szczególnie od strony północnej miasta – widać z dala w obrazie potężnych wysokich kominów i żelaznej konstrukcji wieży szybowych cztery główne szyby: Jan-Karol, Franciszka, Henryk i Głęboki, oto imiona szybów, które przeszło 100 lat wyrzucają przez otwór swych gardzieli z drugiego, dla wszystkich niedostępnego i nieznanego świata, miliony złota w postaci węgla kamiennego. Przed 50 laty tam, gdzie dziś widać jeziora i zapadliska, zieleniły się zboża i trawy.

Wspaniałe i wielkim nakładem zbudowane szyby stały się niewyczerpanymi gardzielami do wyrzucania węgla, bogactwa dla właściciela, lecz zarazem codziennych ofiar rannych lub zabitych górników. Do pojedynczych ofiar już się tak przyzwyczajono, że oprócz formalności komisyjnych, po odprawieniu pogrzebu z paradą i zasypaniu ziemią na cmentarzu karwińskim, nikt się więcej nie interesuje zabitym górnikiem. Były jednak w dziejach istnienia wspomnianych szybów momenty tak straszne i nadzwyczajne, że spowodowały wstrząśnienie nerwów nawet u codziennych widzów ofiar pracy. Masowe katastrofy dopełniały liczbę ofiar tych szybów. W okresie dziesięciolecia wydarzyły się na wspomnianych szybach dwie katastrofy, w których za jednym zamachem przeszło 400 górników utraciło życie. Pewna część z nich nawet nie została odszukana, aby znaleźć spoczynek na cmentarzu karwińskim."

W roku 1890 rozpoczęto pogłębianie szybu "Jan" celem znalezienia pokładów węgla o miąższości przekraczającej 1,5 metra (bo takie dotychczas w głównej mierze w kopalniach Larischów dotychczas wydobywano). "Jan" nadawał się do prac poszukiwawczych, bo miał zamocowany rurociąg odwadniający. Prace trwały około 1,5 roku i w tym czasie zdołano pogłębić szyb o całe 70 metrów docierając w końcu do upragnionego skarbu- ponad 4 metrowego pokładu nazwanego 19-tym. Przygotowując się do prac wydobywczych założono w kopalni poziom VI. 

Do pokładu  19-tego udało się też wkrótce dotrzeć od strony szybu kopalni "Franciszki", która już wcześniej połączona była na wyższych poziomach z kopalniami "Jan-Karol", :Głęboką" i "Henrykiem". 

Kopalnia "Głęboka"

Po krótkiej przygotówce prace wydobywcze ruszyły z kopyta. Władze kopalń na tę okoliczność postanowiły nawet zmienić system dwuzmianowy na trójzmianowy (po rezygnacji z 12 godzinnej dniówki obowiązywał system dwóch zmian po 10 godzin. Nocna zmiana kończyła pracę o 2-giej, natomiast poranna pracowała od 6-tej do 16-tej). Teraz fedrunek szedł non stop podczas 3 zmian po 8 godzin. Było jednak kilka niedociągnięć, a parafrazując pewnego bohatera polskiej komedii wręcz ciężko by się było doszukać w tym węglowym szaleństwie związanym z pokładem 19-tym rzeczonych dociągnięć.   

Ale oddajmy jeszcze raz głos Alojzemu Bonczkowi:

"Już sam wygląd pokładu zaraz po jego odkryciu stał się przedmiotem specjalnych uwag górniczych odnośnie do bezpieczeństwa przy eksploatacji. Czterometrowa grubość węgla, położonego nierównolegle, działek czystego węgla z mieszaniną kamienia zwanego „mitlem” łupkowym, spowodowało gromadzenie się odpadków, zawierających część węgla z mieszaniną niedojrzałych kruszców siarczano-węglowych, które rzucano za siebie, wytwarzając w każdej sztolni hałdy nieużytków. Sam węgiel był bardzo krzewki, przepojony nadzwyczajną ilością tlenu. Skutkiem naturalnej krzewkości węgla, kruszenie skały węglowej było łatwiejsze, jednakowoż odpadki przy kopaniu kilofem przemieniały się w prochową kurzawę, która osiadała na ścianach i zabudowaniach sztolni. Kalorie węgla samego złożone były z nadzwyczaj zapalnych składników. Wszystkie przytoczone właściwości węgla tego nowego pokładu obudzić musiały u każdego fachowca – a do takich zaliczyć należy każdego starszego górnika – pewne zastanowienie i trwogę o bezpieczeństwo życia przy wydobywaniu. Także kierownictwo kopalni przewidywało następstwa, które zdarzyć się mogą, jeżeli praca w tym pokładzie prowadzona będzie lekkomyślnie, bez należytego przewietrzania i przy zaniedbaniu przepisów górniczo-policyjnych.

Tu wspomnieć muszę, że w owym czasie górnicy w kopalni świecili jeszcze lampkami napełnionymi oliwą, której po zgaszeniu nie było można w kopalni ponownie zaświecić. Na szybach Larischa powietrze od szybów wentylacyjnych zawierało 2–3% gazów zapalnych. Nierzadkie były wypadki, że badanie gazów za pomocą światła lampki olejowej wykazało zupełną czystość w czole pracy, a po odejściu strzału cały przód i złomy węgla stanęły w płomieniu niebieskim. Od strzałów zapaliły się gazy, a zarazem zwały odstrzelonego węgla. Powodem tak łatwego zapalenia się był proszkowaty węgiel, zawierający siarczan węglowy. Jako środek zapobiegawczy przeciwko łatwozapalności zarządzono skrapianie wodą wszystkiego, co znajdowało się w odległości 20 m wokoło strzału. W tym celu do każdego ,,przodku” prowadziły najmniej 5 cm grube rurki żelazne z dopływem wody z powierzchni."

Dwa lata "dzikiego" wydobycia w pokładzie 19-tym spustoszyły pod ziemią teren o wielkości 6 km2. Kiedy ciężko już było znaleźć filar o grubości 20 metrów rozpoczęło się rabowanie filarów. Przy tych robotach również pracowano bez opamiętania tak, że dwuosobowa brygada potrafiła w ciągu szychty zapełnić węglem 50-60 wózków. Po rabunku w miejscach, gdzie wcześniej zalegał "złoty" pokład 19-ty, pozostały zwały pyłu węglowego sięgającego ponoć miejscami 50 cm Wyrabowane pola zawalały się po wyciągnięciu obudów, a w pustych przestrzeniach masowo gromadziły się gazy. 

Na to, co stało się ostatecznie 14 czerwca 1894 roku, pracowano więc usilnie przez około 2 lata. Urodzony w 1891 roku w Karvinnie Gustaw Morcinek po latach odtworzył te chwile, korzystając ze wspomnień krewnych, w powieści "Czarna Julka":

 W ciepłą, czerwcową noc roku 1894, a dnia czternastego, we czwartek, przed godziną dziesiątą, nastąpił pierwszy wybuch. Zatrzęsła się ziemia, zakolebały się familoki, a z studni szybowej na „Franciszce” wystrzelił pod niebo ogromny, czarny, ciężki słup dymu, potem drugi z obok znajdującego się szybu wentylacyjnego. A potem już dym jął walić ze wszystkich studni szybowych, z „Jana”, „Henryka”, „Karola” i „Głębokiego”, i ze wszystkich szybów wentylacyjnych! Widzieliśmy, jak wybuch wyrzucił ogromne, stalowe kopuły nakrywające wyloty szybów wentylacyjnych! Wszystko widzieliśmy i słyszeliśmy! Krzyczących ludzi, co wybiegali z domów i spieszyli na szyby, płaczące matki i żony tych górników, którzy znajdowali się na dole, dzieci biegnące za matkami i wołające: „Tatulek na dole! Tatulek na dole!...

Potem nastąpił jeszcze jeden wybuch. Taka ogromna eksplozja. Ziemia zadygotała. Wszystkie szyby zadymiły strasznie, pod niebo wzbiły się wielkie słupy zbałwanionego dymu, dym zaś był czarny jak noc”."

Alojzy Bonczek, pracujący wówczas na kopalni "Jan-Karol", przeżył to wszystko osobiście:

"Koło pół do 10-tej wieczór naraz dał się słyszeć ogromny huk wstrząsający całą kopalnią, przerażając nas wszystkich swym łoskotem połączonym ze zupełnem przerwaniem chwilowem prądu powietrza. […] Rzuciliśmy się po ciemku (gdyż nam huk lampy pogasił) do ucieczki, lecz każdy zrozumie, jak daleko można bez światła w kopalni uciekać... […] Podążyliśmy ku głównym drzwiom oddalonym o jakie 20 metrów. […] Przy otwarciu owiał nas czarny kłąb dymu, zatykając nam usta i tamując oddech. […] Ogromnie przerażeni, zostaliśmy chwilę zamyśleni, co teraz czynić, gdyż ucieczka pod szyb została nam tym sposobem odcięta. Została nam jeszcze jedna stara pochylnia do dyspozycyi i jedyna droga do ucieczki. Chcąc się dostać pod tę w tej chwili szczęśliwą pochylnię musieliśmy wrócić nazad od szybu jakie 500 metrów, któreśmy przebiegli prędzej, aniżeli może ptak byłby w stanie przelecieć. […] Panika była nie do opisania. Każdy chciał być pierwszy w klatce i na wierzchu. Bez jakiegokolwiek uwzględnienia przepisanej ilości pakowano do klatki, ile tylko zmieścić się mogło. Za kilkadziesiąt minut byliśmy na wierzchu, oddychając świeżem powietrzem”.

Po pierwszym wybuchu o godzinie 21.30 (w ogólnej panice mało kto myślał, że może ich być więcej) i jako-takim opanowaniu emocji, pierwsze drużyny ratownicze szybami kopalni "Jan-Karol", "Franciszki" i "Głębokiej"  zjechały na akcje ratownicze. Następna eksplozja, która miała miejsce o 22.00, mocą ognia i podmuchu rozerwała na strzępy całą ekipę ratowniczą wraz z urzędnikami, która w sile 60 osób od strony "Franciszki" ruszała właśnie na pomoc uwięzionym pod ziemią kolegom. Najprawdopodobniej  wybuch nr 1 usunął w głębi kopalni wszelkie tamy i inne przeszkody umożliwiając następnym detonacjom zaistnieć ze zwiększoną mocą. Kolejna eksplozja o 7.00 rano, uważana za najsilniejszą, wyrzuciła z szybu "Jana" klatkę szybową kilka metrów w górę. Po niej miały miejsce jeszcze dwie- o 8.11 i 9.15. W tej chwili stało się jasne, że pod ziemią płonie cała kopalnia i porzucono myśl o kontynuowaniu ratunku górników, którzy jakimś cudem mogli to wszystko przeżyć. Po tygodniach, miesiącach, a czasami latach, miało się okazać, że była to decyzja pochopna. Decyzją kierownictwa z karwińskiego tartaku zwieziono deski, którymi zasłonięto wyloty szybów ("Jan", "Karol", "Franciszki" i "Głęboki") następnie pokrywając je grubą warstwą ziemi. Był to jedyny sposób, aby pozbyć się ognia...

Po kilku dniach zdecydowano się wysłać na dół rekonesans od strony najdalej oddalonej od epicentrum wybuchów kopalni "Głęboka". Górnicy, ubrani w specjalne, szczelne od pasa w górę kombinezony, wentylowani powietrzem z powierzchni za pomocą systemu rur, rozpoczęli makabryczną podróż po krótkiej historii katastrofy napotykając co rusz na rozczłonkowane ciała i masy poduszonych towarzyszy, a także truchła zabitych koni. Po zamknięciu szybów zaprzestano odwadniania kopalni, co sprawiło, że cały feralny poziom 6-ty zalała woda. Ciała ludzi i koni, które przebywały w tej wodzie kilka miesięcy, stanowiły szczególny obraz masakry połączonej z trudnym do opisania odorem. Na wyższych poziomach, w których wody nie było, zabite w katastrofie konie trzeba było specjalnymi toporami rozczłonkowywać. To były sceny, których wszyscy ratownicy i każdy z osobna nie zapomnieli do końca życia.

Kopalnia "Franciszka" w 1924 r.

Porządkowanie kopalń po wydarzeniach z czerwca 1894 roku trwało około trzech lat. Obliczono, że łącznie katastrofa pochłonęła 235 ofiar (181 na "Franciszce" i 49 na "Janie-Karolu"), zaś z tego grona 58 górników spoczywa w miejscu, gdzie 14 czerwca 1894 roku po raz ostatni zamknęła oczy. Pozawalane na kilkadziesiąt metrów w górę wyrobiska skutecznie uniemożliwiły wydobycie ich doczesnych szczątków na powierzchnię. Nad przypuszczalnym miejscem ich wiecznego spoczynku hrabia Larisch von  Mönnich wystawił pamiątkową kaplicę.

 

Zmarli w katastrofie górnicy pozostawili po sobie 130 wdów i 194 sieroty.
Ofiary, które udało się wydobyć, spoczywają we wspólnej mogile na starym karvińskim cmentarzu. Osobno pochowany jest urodzony w Wieliczce inżynier Celestyn Raczek, który zginął dowodząc akcją ratowniczą. 





Komisja, którą powołano celem wyjaśnienia powodów katastrofy, nigdy nie wydała jednoznacznego sądu, tak więc pozostają tylko mniemania, w jaki sposób doszło do wybuchu metanu i powiązanego z nim wybuchu pyłu węglowego. Przypuszcza się, że inicjałem mogły być roboty strzałowe, które w opisywanych wyżej akordowych warunkach wydobycia, prowadzone były bez zachowania niezbędnych środków ostrożności (aczkolwiek komisja nie doszukała się wykroczeń przeciwko warunkom bezpieczeństwa). 
Skutkiem prac tego gremium było ostatecznie zwiększenie o 1/3 kadry urzędników górniczych, co miało poprawić bezpieczeństwo przy robotach dołowych, a także rozpoczęcie badań nad stworzeniem aparatu tlenowego (80% ofiar katastrofy z 1894 uległo uduszeniu). Tak stworzono aparat Walcher-Gaertner, który stał się prototypem dla późniejszych, ulepszonych aparatów.


   
Wszystkie trzy kopalnie Larischów, które dotknęła katastrofa roku 1894 roku, otrząsnęły się dość szybko po tych tragicznych wydarzeniach i wznowiły wydobycie (choć skutkiem katastrofy było czasowe unieruchomienie kopalń i utrata pracy przez 3,5 tys. ludzi). Pracowały na pomnażanie majątku rodu, razem z "Henrykiem", aż do końca II wojny światowej, a później, w roku 1951 roku, połączono je oficjalnie ze sobą tworząc "Důl Československé armády" (Kopalnię "Armii Czechosłowackiej"), która w czasach postkomunistycznych skróciła swoją nazwę do ČSA. Fedrowała do lutego 2021 roku.
Jadąc ze starej Karvinny do Frysztatu (czyli obecnego centrum miasta) pozostałości tej nieczynnej kopalni, a właściwie, gdyby to przełożyć do naszej nomenklatury, jej części- czyli ruchu "Jan-Karol"- majaczą nam się po lewej stronie drogi.


Po "Franciszku" i "Głębokiej" próżno szukać widocznych śladów, a na miejscu byłego "Henryka" pozostawiono jedynie ceglany komin i oznaczenia miejsc po szybach. 




Katastrofa górnicza w Karvinnie z 14 czerwca 1894 roku do dziś dnia jest w czubie niechlubnych statystyk pod względem ilości ofiar, jakie pochłonęła. Wybuch metanu zabił więcej górników jedynie w trzech przypadkach- w Oaks w Anglii w 1866 (361 zabitych), w Abercame w Anglii w 1878 roku (268 zabitych) i saksońskiej kopalni "Sagen Gottes" w 1869 roku (274 zabitych).


Kiedy opadł już kurz po wyżej opisanych makabrycznych wydarzeniach, wdowom powypłacano odszkodowania, a kopalnie uporządkowano i przywrócono do funkcjonalności- hrabiowie Larisch von Mönnich rozkręcali z sukcesami swój węglowy interes w Karvinnie jeszcze przez pół wieku. Rozwijała się też systematycznie sama Karvinná, w której w latach 30-tych XX wieku mieszkało już około 24 tysięcy ludzi. Od 1923 posiadała prawa miejskie.
Przechadzając się wówczas po miejscowych uliczkach słyszało się najczęściej polską mowę, zaś na sklepach widniały polskie szyldy. Nie wnikając w trudne analizy, komu należało oddać to terytorium w warunkach pustki po Austro-Węgrzech i czy słusznie nie zastosowano wówczas wilsonowskiej idei samostanowienia przychylając się do koncepcji historyczności granic- należy jednak zaznaczyć, że to m.in. wpływowi hrabiowie Larisch von Mönnich optowali za wejściem swojego śląskiego zagłębia w skład Czechosłowacji jako państwa bardziej stabilnego politycznie.

Tymczasem pod miejscowością wybierano na zawał kolejne pokłady węgla, a na domach i budynkach użyteczności publicznej coraz częściej pojawiać się zaczęły groźne pęknięcia. Kościół św. Piotra z Alkantary, doraźnie ratowany i z dwukrotnie amputowaną wieżą, zdawał się przyglądać wszystkiemu z takim zdziwieniem, że przychylił się nawet nieco na bok i o ile jego monumentalny następca w pobliskiej Solcy wybudowany został na wzór bazyliki z Florencji- jego zaczęto powoli kojarzyć z innym włoskim zabytkiem- wieżą w Pizzie.

2 października 1938 roku do Karvinny, a właściwie już wówczas Karwiny, wkroczyło wojsko polskie. Przez niespełna rok włości Larischów znajdowały się w granicach Rzeczpospolitej jako część tzw. "Zaolzia", a potem wcielono je do Niemiec. 
Kiedy kończyła się wojna pałac piękny Larischów w Solcy zajął pod swoją kwaterę Wehrmacht,, zaś późną jesieniąu 1944 roku spłonął. Po zakończeniu działań wojennych obiekt co prawda doraźnie odpicowano i przez kilka lat służył w czerwonej już Czechosłowacji jako szpital, ale ostatecznie w roku 1953 wysadzono go w powietrze (taki sam los spotkał w 1963 roku przypałacowy kościół, a w 1985 mauzoleum). Analogia ze świerklanieckim Małym Wersalem sama wpycha się na klawiaturę...

Sam pałac zburzono głównie z powodów ideologicznych, ale w tym czasie, nieco na zachód od pałacu, rozpoczynała się architektoniczna tragedia w kilkunastu aktach, czyli wyburzanie  Karvinny, a właściwie to już starej części miasta o nowej nazwie Karviná. Odgórnym zarządzeniem  połączono bowiem w 1949 roku ze sobą kilka miejscowości tworząc nowe miasto. Powoli przestająca istnieć stara Karvinná dała nowemu tworowi nazwę, zaś stare, założone jeszcze przez cieszyńskich Piastów miasto Fryštát stało się odtąd jego centrum. W latach 50-tych, 60-tych i 70-tych systematycznie równano z ziemią patronackie osiedla, prywatne domy, szkoły, hotele, browar, domy kultury i sklepy oraz zabudowania kopalniane wygaszanych zakładów. Smutny los nie ominął nawet chluby miasta- monumentalnego kościoła św. Henryka, który runął 12 października 1960 roku...
Wokół Fryštátu wyrosły blokowiska dla przesiedleńców z wyburzeń.

Rynek w nowej Karvinie (dawny Fryštát) 
W okolicach białej wieży (kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego- obecnie najstarszy zabytek w mieście) 
stoi do dziś pałac Larischów.


Herb miasta Karviná (dawniej herb Fryštátu)

Stary herb miasta Karviná


Jak na ironię, niczym wyrzut sumienia, w samym środku tej wyburzeniowej apokalipsy, cały czas trwał kościół św. Piotra z Alkantary. Może ciut bardziej pochylony, ale trwał. I przetrwał.
Jak obliczono przy podjętych w latach 90-tych pracach konserwatorskich, pod kościołem, w czasie trwania węglowego eldorado, wybrano 27 pokładów o łącznej miąższości około 50 metrów. W XVIII wieku postawiono go na wzgórzu, z którego dzieci zimą zjeżdżały na sankach- dziś, przechylony o 6,8°, bieleje elewacją pośrodku zielonej doliny, wśród roślinności, która zdołała już opanować wstydliwe fundamenty po wyburzeniu miasta, które potem i znojem, a czasem nawet własną krwią, budowały pokolenia karvińskich górników.

A co z Larischami? Kiedy stało się jasne, że chwilę Karvinná zostanie objęta działaniami frontowymi- nestor rodu hrabia Jan Larisch- Mönnich II wyjechał z rodziną do Palfau w Austrii. Zarządzający w tym czasie rodowym majątkiem Jan (Johann) Larisch- Mönnich III (urodzony w 1917 roku) zwlekał z ucieczką czekając na rozwój wydarzeń, jakie przyniesie koniec wojny. Co ciekawe- osoba tego arystokraty powiązała wcześniej ze sobą trzy możne górnośląskie rody, które swoją fortunę zawdzięczały głównie wydobyciu miejscowego węgla- Larischów, Schaffgotchów i Donnersmacków, 10 października 1940 roku w Nakle Śląskim 23 letni hrabia Larisch- Mönnich pojął za żonę Wilhelminę von Schaffgotsch. Tak oto potomek jednego, mniej znanego "śląskiego kopciuszka" związał się z potomkinią tego bardziej sławnego. Matka Wilhelminy Sophie była córką Edwina Henckel von Donnersmarcka.
Johann Larisch- Mönnich III i Wilhelmina von Schaffgotsch mieli razem dwie córki- Franziskę (ur. w 1942 r.) i Olivię (ur. w 1943 r.). Z powodów, których nie udało mi się niestety zgłębić małżeństwo Larischów uciekało w 1945 roku do Austrii oddzielnie. Pierwszy wyjechał Johann z córkami, zaś Wilhelmina miała do nich dołączyć. Nie dołączyła. 22 listopada 1945 roku w miejscowości Moravské Bránice (niedaleko Brna) prowadząc samochód zderzyła się czołowo z motocyklistą, który poniósł śmierć na miejscu. Wilhelmina wypadła z auta i nieprzytomna wylądowała twarzą w głębokiej kałuży. Wypadek miał miejsce poza zabudowaniami i zanim dotarła pierwsza pomoc hrabina  Larisch- Mönnich już nie żyła. Jako przyczynę śmierci wpisano utopienie.

Wilhelmine Maria Hedwig Paula Aloysia Schaffgotsch,

Johann Larisch- Mönnich III zmarł w hiszpańskiej Marbelli w 1997 roku. Jego córki Franziska i Wilhelmina żyją do dziś. Pierwsza mieszka w Marbelli, druga w Nowym Jorku.

Po roku 1945 majątek hrabiowski Larischów von Mönnich został skonfiskowany i znacjonalizowany.
       
Obecnie jedyną czynną kopalnią w powiecie Karviná  jest Důl ČSM w Stonawie. W grudniu 2018 roku, w katastrofie spowodowanej wybuchem metanu, zginęło w niej 13 górników. Kopalnia ma zostać wygaszona na początku 2026 roku.
1 czerwca 2025 roku miasto Karviná otrzymało oficjalnie status miasta uzdrowiskowego. Lecznicze, solankowe wody jodowo-bromowe w Darkovie służą ludziom już od 150 lat. Dzięki właściwościom wody mineralnej z okresu trzeciorzędu, leczy się tu choroby układu ruchu,  choroby neurologiczne, skóry, układu krążenia, serca i naczyniowe. Uzdrowisko Darkov cieszy się dużą renomą wśród pacjentów. Obecnie gównie czeskich oraz pochodzących z krajów arabskich.
Lecznicze źródła solankowe odkryto niegdyś podczas wierceń rozpoznawczych. Poszukiwano oczywiście nowych pokładów węgla...

piątek, 22 lipca 2022

Maria Pětrošová- zapomniana bohaterka z Beskidów

Maria Pětrošová- "Párátko“  (Fotografia z gestapo) 
Foto: MZA

Każdy z nas ma swoje ulubione miejsca, w które uwielbia wracać pod byle pretekstem. Dla mnie taką enklawą są Beskidy- góry spajające ze sobą wspomnienia czasów dzieciństwa, szkolnych, studenckich i dojrzałaych. Do dziś często łapię się na tym, że nie ma takiego pretekstu, którego nie omieszkałbym wykorzystać, aby tylko znów stanąć na jednym z beskidskich szczytów i wdychając rześkie górskie powietrze łapczywym okiem chłonąć kolejne rozpościerające się wokół panoramy.

Początki mojej miłości do tego skrawka Polski były dość prozaiczne- od czasu do czasu rodzicom udawało się zabukować wolny termin w którymś z domów PTTK w Szczyrku czy w Wiśle. Potem były spontaniczne wyjazdy weekendowe i jedna zrealizowana mega wędrówka Ustroń- Babia Góra. Ale w sumie nie o tym chciałem pisać- w końcu ewentualny czytelnik nie szuka na tym blogu przewodnika po Beskidach, ale kolejnej czeskiej historii...

Pod kątem historycznym zacząłem się tym górom przygladać baczniej dopiero podczas studiów. Wcześniej jakoś nie zwróciłem szczególnej uwagi chociażby na "Kamień" na zboczu Równicy, przy którym odprawiano zakazane nabożeństwa protestanckie, czy fakt istnienia w Wiśle kościoła ewangelicko- augsburskiego. A to przecież gotowa "czeska historia" związana nierozerwalnie z wydarzeniami praskimi- klęską stanowego powstania pod Białą Górą i decyzjami kontrreformacyjnymi, które zapadły w Wiedniu po zakończeniu wojny 30-letniej.
No tak, ale w takim bądź razie - skąd tu Polska? I tu wypadałoby wkroczyć na grząski teren konfliktu, który poróżnił narody polski i czeski kładąc się cieniem na naszych stosunkach przez wiele dziesięcioleci XX wieku. Może kiedyś się tym zajmę, obawiam się jednak, że moje dość szczególne spojrzenie na polityczne niuanse oplatające ów problem, mogłyby wielu nie przypaść do gustu. Tak więc zasieję tylko ziarno niepokoju zamieszczając fragment mapy z roku 1912 i nie podniosę rękawicy rzuconej ani przez lamentującego nad  wynaradawianiem tych okolic poetę Petra Bezruča, ani tej, którą rzucają propagatorzy fotografii przedstawiających tysiące ludzi płaczących z radości na widok polskiego wojska wkraczającego na Zaolzie w roku 1938. Poniższa "czeska historia" osadzona w Beskidach przedstawi nasze narody w realiach krótkiego współdziałania w smutnych miesiącach przedwojennych.


Zanim jednak udamy się w Beskidy zahaczmy jeszcze o Kraków, a konkretnie o kojarzoną w naszym kraju powszechnie ze słynnym "Weselem" Wyspiańskiego dzielnicę Bronowice. 11 grudnia 2017 roku, staraniem społeczników i samorządowców, na terenie, gdzie niegdyś mieściły się koszary z czasów CK Monarchii, odsłonięto szczególny obelisk dedykowany czeskim i słowackim wojskowym, uciekinierom z Protektoratu Czech i Moraw, którzy we wrześniu 1939 roku weszli w skład tzw. legionu czechosłowackiego- jednostki walczącej u boku polskich towarzyszy broni w pierwszych dniach kampanii wrześniowej. 


Historia legionu była dość krótka. Powstał na mocy porozumienia pomiędzy generałem Lvem Prchalą a prezydentem II RP Ignacym Mościckim zawartym 3 września 1939 roku. W jego skłąd wejść mieli wyżej wspomniani rezydenci koszar z Bronowic Małych (200 osób) oraz czescy i słowaccy ucieknierzy zgrupowani w miescowości Leśna koło Baranowicz (dzisiejsza Białoruś) w liczbie 700 żołnierzy. Decyzją podpułkownika Ludvika Svobody (tak jak Prchala walczył wcześniej w słynnych legionach czechosłowackich podczas I wojny światowej, po II wojnie, w latach 1968-1975 piastował urząd prezydenta ČSSR)  "białoruska" część legionu rozpoczęła odwrót na południe. 15 września, pod na wskutek ran odniesionych po niemieckim nalocie, zmarł pierwszy żołnierz jednostki- Vítězslav Grünbaum. Dwa dni później, wobec agresji ZSRR na Polskę, w legionie doszło do podziału. Część ludzi, za namową podpułkownika Ludvika Svobody, poddała się Sowietom i została internowana w ZSRR, reszta, pod wodzą gen. Lva Prchali, przekroczyła granicę  z Rumunią, stamtąd zaś udała się na Bliski Wschód by walczyć u boku sojuszników zachodnich. Ludvik Svoboda stanął w 1942 na czele formowanego w Buzułuku I Czechosłowackiego Samodzielnego Batalionu Polowego, który po przekształceniu w I Czechosłowacką Samodzielną Brygadę, walczył z Niemcami u boku Armii Czerwonej. 
200 żołnierzy z Bronowic Małych chciało dołączyć do towarzyszy, w związku z tym podjęli oni podróż pociągiem do Leśnej. Wobec opóźnienia spowodowanego udziałem w odgruzowywaniu zbombardowanego Świdnika- rozminęli się jednak z braćmi- legionistami, którzy wcześniej opuścili miejsce kwaterunku. Ich wojenna epopeja skończyła się na rumuńskiej granicy, gdzie zostali internowani.

Generał Lev Prchala

Ludvik Svoboda (od 1943 roku w randze  generała)
przed wojskami czechosłowackimi w ZSRR 

Tym oto sposobem, wraz z czechosłowackim wojskiem, zapuściliśmy się jakieś 3 tysiące kilometrów na wschód od Beskidów, ale już wracamy na dobre.

Pomiędzy marcem a wrześniem 1939 roku przez góry te wiodła najmniej szczelna granica Protektoratu Czech i Moraw. Nadsyłani z Niemiec pogranicznicy mieli bowiem zbyt mało czasu na poznanie okolicy, co świetnie (do czasu) wykorzystywali miejscowi przerzucając sobie tylko znanymi szlakami byłych wojaków armii czechosłowackiej, jak i ludzi innych profesji nie potrafiących się pogodzić z nowymi porządkami politycznymi, do Polski. Następnym po Beskidach punktem ich wędrówki były Katowice, gdzie przy brytyjskim konsulacie działała organizacja charytatywna Czechoslovak Refugee Trust Fund, pomagająca im w wyjeździe na Wyspy Brytyjskie. Część uchodźców, poprzez Bronowice i Leśną, dostała się do wspomnianego Legionu. Warto przy tym wspomnieć, że aż do wybuchu wojny w Krakowie działał Konsulat Czechosłowacki (Konsul Vladimír Znojemský odmówił złożenia funkcji i przekazania placówki w ręce niemieckie).


Śląsk Cieszyński. Mapa samochodowa 1939.

Obszar przerzutu czeskich żołnierzy  przez "zieloną granicę"

Ten sam obszar dziś      

Proceder przemytniczy trwał więc w najlepsze, a strumień ludzi, tuż pod nosem Gestapo, dzień za dniem płynął przez Beskidy zasilając szeregi armii, które w najbliższych miesiącach i latach miały przystąpić do konfrontacji z samozwańczymi Protektorami Czechów i Morawian.
.  
Akcja ta jednak, żeby mieć "ręce i nogi", nie mogła rozgrywac się chaotycznie. Uczestniczyły w niej czynnie dziesiątki mieszkańców pogranicza- i to zarówno z czeskiej, jak i z polskiej strony. Różnica jednak była bardzo istotna- podczas gdy Polacy żyli w niepodległym (tymczasem) państwie- za podprowadzanie zbiegów w Protektoracie można było słono zapłacić. Przewodnicy nierzadko ryzykowali własnym życiem.

Niemcy nie byli jednak w ciemię bici, a nazistowski aparat wywiadowczy dość szybko pokapował się, co w trawie piszczy. W czerwcu 1939 roku Abwehra we Wrocławiu skierowała do placówek Gestapo w Pradze i Brnie depeszę zawiadamiającą, że pomiędzy 12 a 18 czerwca, granicę pomiędzy Moravką a Ligotką Kameralną (Komorní Lhotka) przeszło kolejnych 30 czechosłowackich wojskowych. Według słów przesłuchiwanego w tej sprawie człowieka, prowadzić ich miała szczupła kobieta, która mieszka w pobliżu Moravki. Przerzucanych przejmowało po polskiej stronie wojsko, po czym przewożeno do cieszyńskiego hotelu Puckmann, stamtąd zaś do Katowic.   


Na efekty depeszy nie trzeba było długo czekać. "Szczupłą kobietę" namierzono w osobie młodej szwaczki spod FrýdkaMarii Pětrošovej, noszącej wiele mówiące o jej fizyczności przezwisko "Párátko“ (Wykałaczka) i aresztowano 18 sierpnia. Przewieziona do siedziby gestapo w Morawskiej Ostravie była długo przesłuchiwana. Kaliber podejrzeń był dość niebezpieczny, bo do nielegalnego przekraczania granicy i przeprowadzania przez nią politycznych uchodźców dodano również szpiegostwo, a także znajomość z byłym "oficerem lotnictwa" Františkem Příborským, o którym wiedziano, że należy do tajnej organizacji i ma związki z siecią ludzkich "przemytników" oraz kontakty z polskimi wojskowymi po drugiej stronie granicy.
Pětrošová przyjęła przy przesłuchaniach strategię naiwnej, nie orientującej się w politycznych niuansach, miłośniczki przyrody i wspaniałych górskich widoków. Przezornie nie wyparła się znajomości z Příborským, jednak stwierdziła, że ich znajomość od wiosny należy już do historii i od tego czasu się nie widzieli. W okolice Moravki miała chodzić właśnie z powodów przyropdniczo- doznaniowo- zdrowotnych. Stwierdziła, że odwiedzała tam ciocię, niejaką Teresę Motyčkovou. 
Wezwana na gestapo  Motyčková na pierwszy rzut oka skomplikowała sytuację. Po pierwsze okazało się, że wcale nie jest jej ciocią, po drugie zaś zeznała, że Miaria dość lekko się prowadzi i sprowadzała do jej domu wielu mężczyzn (w tym gronie był też Příborský), z którymi następnie przechadzała się po okolicy.
Wypowiedź Motyčkovej, której dom był w rzeczywistości ostatnim punktem pośrednim dla wielu uchodzących z Protektoratu do Polski, miała ogólnie rzecz biorąc odciągnąć uwagę gestapo od tego miejsca, zaś samej  Pětrošovej, za cenę przylepionej (tylko wobec Niemców) łatki puszczalstwa, dać alibi na wypadek, gdyby znalazł się jakiś świadek potwierdzający jej obecność w okolicach Moravki w towarzystwie mężczyzn innych niż Příborský. Niezgodność określenie "ciocia" Pětrošová wyjaśniła używaniem tego terminu wobec wszystkich starszych kobiet, z którymi łączyła ją pewna zażyłość.
Zeznania miał wiele luk, tym razem jednak udało się odwrócić niebezpieczeństwo. Zarzut nielegalnego przekraczania granicy oskarżona przypłaciła miesięcznym więzieniem. 25 września wypuszczono ją na wolność z napomnieniem, aby odtąd prowadziła się już lepiej i nie ściągała przez swoje nieostrożne postępowanie uwagi strażników granicznych. Uprzedzono ja też, żeby niezwłocznie zgłosiła na gestapo fakt ewentualnego kontaku z Příborským. Młody przyjaciel aresztowanej kontynuował  już wówczas od ponad miesiąca ucieczkę, która ostatecznie, przez Polskę, Rumunię i Francję, zaprowadziła go do armii czechosłowackiej w Anglii.   

Uwięzienie Pětrošovej w Moravskiej Ostravie przypadło na czas agresji Hitlera na Polskę. Dawna granica Protektoratu z tym krajem przestała istnieć, zaś z tego faktu wypływała logika zaprzestania odbywającego się przez ostatnie pół roku przeprowadzania uchodźców. I pewnie całą sprawa poszłaby w zapomnienie, gdyby nie to, że gestapo swoimi bestialskimi, acz skutecznymi sposobami, dotarło teraz do nowych świadków nadgranicznego procederu z luką graniczną w beskidskich lasach w roli głównej. Z ich zeznań wynikało, że Maria  Pětrošová widziana była w towarzystwie Františka Příborského niejednokrotnie, zaś z włąściciela pensjonatu w Ligotce Kameralnej wyciągnięto, że nie były to niewinne przechadzki po górach, a włąśnie to, do czego gestapowcy wcześniej próbowali wmieszać podejrzaną- nielegalny przemyt uchodźców.

Tym samym klamka zapadła. W lutym 1940 roku Pětrošová po raz kolejny wylądowała w więzieniu w Moravskiej Ostravie. Na dodatek okaząło się, że jest w zaawansowanej ciąży. Odmienny stan nie odstręczył gestapowskich oprawców od brutalnych przesłuchań, jednak Párátko szła w zaparte. Nie dała się groźbom ani graniem na uczuciach przyszłej młodej matki. W kwietniu przesłuchujący ją Gustav Langhans pisał do swoich brnieńskich zwierzchników: "W przypadku  Pětrošovej idzie o czeską szowinistkę najgorszego typu. Nie ma wątpliwości, że była największą przemytniczką ludzi w rejonie Beskidów. Niestety nawet po wielokrotnie powtarzanych przesłuchaniach nie udało nam się jej skłonić do przyznania do winy. Zamiast tego manifestuje swoją arogancję i bezczelność."

Dowodów było zbyt mało żeby zorganizować proces, ale w końcu między innymi po to, aby karać za takie przypadki jak casus Pětrošovej, naziści stworzyli obozy koncentracyjne. Langhans nalegał na jak najszybsze umieszczenie podejrzanej w jednym z nich, ale problemem było nienarodzone dziecko (generowało by to dodatkowe koszty). Ostatecznie, 27 kwietnia 1940 roku, odesłano ją do czasu rozwiązania pod pieczę rodziców do Starého Městá pod Frýdkiem. Przez cały ten czas, a później jeszcze przez następne 7  tygodni,  dozorowali ją czetnicy.

W maju Maria urodziła filigranową dziewczynkę, której dała na imię Milena, a w czerwcu wróciła z powrotem do celi w Ostravie.
Pomimo próśb i petycji rodziny, która napisała nawet do samej kancelarii Adolfa Hitlera, losu dziewczyny nie udało się odwrócić. 7 grudnia, jako "czeska szowinistka najgorszego typu",  Pětrošová wylądowała ostatecznie w obozie w Ravensbrück- kobiecym piekle na ziemi, gdzie kierowano głównie więźniarki polityczne.

Położony około 80 km na północ od Berlina Frauen- Konzentrationslager Ravensbrück powstał pod koniec 1938 roku. Jego głównym założeniem było wykorzystywanie osadzonych w nim przeciwniczek nazizmu, w tym komunistek, a także kobiet narodowości żydowskiej, romskiej i sinti do niewolniczej pracy. Po ustanowieniu Protektoratu Czech i Moraw, następnie zaś po wybuchu II wojny światowej, więziono tu też członikinie ruchu oporu przeciwko faszystowskim okupantom. 
Z czasem wachlarz okrucieństw serwowanych więźniarkom powiększono o bestialskie eksperymenty medyczne i masowe egzekucje. Niezdatnym do pracy aplikowano zabójcze, dosercowe zastrzyki z fenolu. W roku 1943 wybudowano tu krematorium, a rok później komorę gazową.
Przez obóz, wedle różnych szacunków, przeszło, do momentu jego wyzwolenia 30 kwietnia 1945 roku, 132 tysiące kobiet i dzieci, z czego 92 tysiące zmarło.


Baraki KL  Ravensbrück
Foto: Wikipedia

Więźniarki przy pracy
Foto: Wikipedia
Autorstwa Bundesarchiv, Bild 183-1985-0417-15 / CC-BY-SA 3.0, CC BY-SA 3.0 de, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=5344825

Wątłej postury, osłabiona dodatkowo porodem 
Pětrošová, była zapewna przerażona widokiem miejsca, do którego trafiła. Dziś, czytając jedynie krótki materiał na temat tego obozu, po plecach przechodzą nam ciarki. Niegdyś tysiące osób musiało niestety doświadczyć tego piekła osobiście. Zderzenie wspomnień z beskidskich łąk i lasów, pośród których Maria spędziła całe swoje dotychczasowe życie, z brutalną rzeczywistością strasznego lagru.

Niewielką, ale zawsze, pociechą, był fakt, że przydzielono ją do I Bloku, w którym spotkała kilka innych Czeszek. M.in. dziennikarkę Milenę Jesenską z Pragi, z którą, można powiedzieć, zetknęła już wcześniej pośrednio, przenosząc przez granicę napisane przez nią listy informujące świat o sytuacji w Protektoracie. 

Milena Jesenská
Foto: Wikipedia

Prawdziwą przyjaciółką stała się dla niej urodzona w podostravskich Vítkovicach Jožka Jabůrková, którą władze Protektoratu uwięziły prewencyjnie już w marcu 1938 roku, spodziewając się, że pędzej czy później użyje swoich agitacyjnych zdolności przeciwko nowym porządkom.


Jožka Jabůrková
Foto: Wikipedia

Jabůrková była z przekonania i poglądów komunistką, walczącą całe swoje życie z biedą i społeczną niesprawiedliwością. Wyrosła w pyle robotniczych przedmieść aglomeracji ostravskiej, gdzie często zaglądały głód i ubóstwo (zwłaszcza pod koniec I wojny światowej). Kształciła się na nauczycielkę, ale w zawodzie pracowała bardzo krótko. Jak zresztą także w kilku innych zawodach. Z uwagi na swoją bezkompromisowość i honor nie umiała długo znaleźć swojego miejsca na ziemi. Od 1920 roku mieszkała w Pradze. Wstąpiła do Komunistycznej Partii Czechosłowacji (KSČ) i z jej ramienia zajmowała się m.in. krzewieniem kultury fizycznej wśród kobiet i dzieci. Partia, w uznaniui zasług, wysłała ją aż dwa razy na kursy ideologiczne do ZSRR. 
Prawdziwą miłością i sensem życia Jabůrkovej  stało się redagowanie czasopisma dla kobiet  "Rozsévačka" ("Siewczyni"), które prowadziła aż do jego zamknięcia w 1938 roku. W tym czasie wybrano ją też do praskiej rady miejskiej, gdzie walczyła o pracę, godziwą płacę i domy dla najuboższych robotników. Po odmowie współpracy z nowymi panami Czech i Moraw wylądowała w Ravensbrück.

Jabůrková, pomimo dwóch małżeństw i trwającego pomiędzy tym przez kilka lat związku z Alexandrem Bubeníčkem, nie doczekała się potomstwa. Swoje uczucia przelewała na proletariackie pociechy uczęszczające na jej zajęcia gimnastyczne. Starsza o ponad 20 lat od Marii Pětrošovej traktowała ją jak przyjaciółkę, ale trochę też jak córkę. Nauczona do tradyjnych wartości Pětrošová nie dała się co prawda przekonać do komunizmu, ale związek obu kobiet nie doznał z tego powodu uszczerbku. 

Pracowały w szwalni przy szyciu mundurów. Pomimo stanowczego zakazu Jožce udało się od czasu do czasu wynieść skrawek materiału. Nie wiedzieć skąd zdobyła też jakieś kartki i fragmenty czasopism. 4 grudnia 1941 roku Maria obchodziła swoje 22 urodziny, a przyjaciółka sprawiła jej szczególny prezent, który miał przede wszystkim umocnić ją w przeświadczeniu, że choć jest ciężko- przetrwa i kiedyś wróci do domu, do swojej córki. Prezentem była szmaciana lalka oraz zeszyt zatytułowany "Bajki dla Milenki" (Pohádky pro Milunku“), w którym znalazły się jej trzy autorskie bajki. Drugą część zeszytu zajmowały wycięte z czasopism zdjęcia dzieci i noworodków oraz dziecięcych ubrań. 

Trzy dni później minął okrągły rok od przyjazdu Marii Pětrošovej do Ravensbrück. Następnej rocznicy już nie było. Wczesną wiosną zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Czy i jak była leczona- tego nie dowiemy sie już nigdy. Zmarła 14 kietnia 1942 roku. Jej ciało przewieziono do pobliskiego Fürstenbergu i poddano kremacji. Szczątki spoczęły w masowym grobie na miejscowym cmentarzu.

Rodzice dowiedzieli się o śmierci córki za pośrednictwem gestapa 5 maja tegoż roku. Z obozu dostarczono niewielką paczkę z osobistymi rzeczami. Wśród nich zaś szmacianą lalkę i zeszycik z bajkami...

Jožka Jabůrková przeżyła swoją przyjaciółkę zaledwie cztery miesiące. Kolejne brutalne przesłuchanie zakończyło się ciężkim pobiciem, po którym pozostawiono ją w celi bez udzielenia pomocy. Milena Jesenská trwała w obozowym piekle jeszcze dwa lata. Zmarła w maju 1944 roku na niewydolność nerek.


Rzeźba Jožki Jabůrkovej na Cmetarzu Olszańskim w Pradze
Foto: Wikipedia 
Autor: Dobroš – Vlastní dílo, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=103824562


Komuniści, którzy doszli do władzy w Czechosłowacji w roku 1948, uczynili z Jabůrkovej  męczennicę swojej sprawy. Jej pomnik stanął w dzielnicy Pragi, którą niegdyś zamieszkiwała- Košířích. Po aksamitnej rewolucji okazało się, że skwerek, na którym stała od lat sześćdziesiątych, jest własnością prywatną, zaś właściciel nie życzył sobie rzeźby na swoim terenie. Monument powędrował więc na jakiś czas do muzealnych magazynów, a później na największy praski cmentarz. 
Kiedy zmieniał się wiatr historii, a niedawni bohaterowie ustępowali pola- przyszedł czas na przypomnienie o innych- tych odesłanych do historycznego lamusa po "zwycięskim lutym" 1948 roku. 
Tak właśnie odgrzano temat życia i śmierci Mileny Jesenskiej, zaś niejako przy okazji natknięto się zapomnianą przewodniczkę z Moravki. Sprawą zajęła się historyczka Pavla Plachá, której udało się zebrać podstawowe fakty na temat Marii Pětrošovej, a historię przekazać szerszemu ogółowi.
Plachá w swoich badaniach dotarła do Mileny- córki Marii, a także rodziny Františka Příborskiego.
Ponad 80-letnia Milena Ručková, którą w młodytch latach wychowywali dziadkowie, mieszka dziś ze swoim drugim mężem w Beskidach, w górskiej chacie w pobliżu miejscowości Stare Hamry.
Jej ojciec- František Příborský, o czym już wiemy, podczas wojny służył w armii czechosłowackiej stacjonującej w Anglii. Tam, w 1942 roku, wstąpił w związek małżeński z Elisabeth Roberts, z którą miał pięcioro dzieci. Z czasem z Františka Příborskiego stał się Frankiem Priborskym i pod koniec życia miał już trudności z czytaniem po czesku. Po wojnie, w 1945 i 1946 roku dwa razy odwiedził Czechosłowację. Podczas jednego z tych pobytów spotkał się w Starym Městie pod Frydkiem z córką. Milena pamięta to spotkanie jak przez mgłę (miała w końcu tylko 6 lat). Babcia miała wyrzucić Františka z domu obciążając go całą winą za śmierć córki. Do swojej śmierci w roku 1984 nigdy już nie wrócił w rodzinne strony.
W rzeczach osobistych Františka- Franka znaleziono fotografię małej dziewczynki, o której jednak nikt nic nie wiedział. 
Rok przed śmiercią ojca angielska córka Františka- Anne Priborsky odwiedziła jego krewnych w Czechosłowacji. Wizyta ta stała się zaczątkiem przyjaźni i wymiany listów. Ciekawość własnych korzeni popchnęła Anne ku badaniom genealogicznym, jednak w dalszym ciągu, co zrozumiałe, nie potrafiła wyjaśnić tajemnicy zdjęcia z dziewczynką. 
W roku 2019 Anne wydała dla rodziny małą książkę "My Czech book", w której zamieściła fotografię dziewczynki z dopiskiem "Nieznajoma czeska dziewczynka, podobna do Příborskich".   
Badająca temat Pětrošovej Pavla Plachá dotarła w końcu (dość przypadkowo) do Mileny Ručkovej, z którą spotkała się w maju 2020 roku. Artykuł o tym spotkaniu ukazał się w czeskiej prasie i przeczytali go krewni Františka, którzy z kolei powiedzieli o nim Anne. W ten sposób "nieznajoma czeska dziewczynka" odzyskała tożsamość, a dzieci Františka przyrodnią siostrę. Dzięki historyczce obie siostry nawiązały już kontakt telefoniczny i są na etapie planowania rodzinnego spotkania...

Matka Marii Pětrošovej wyrzucając za drzwi Františka Příborskiego pod zarzutem ponoszenia całej winy za serię wydarzeń, które doprowadziły jej córkę do Ravensbrück, a w konsekwencji do śmierci, miała rację jedynie częściowo. Owszem, to będący członkiem "Obrony Narodu" Příborský wciągnął Marię w niebezpieczną grę z przemytem ludzi, ale wyrok w postaci obciążającego zeznania wydał zupełnie kto inny.

Jak już powyżej wspomniałem- paradoksalnie- Niemcy zdobyli dowody na to, że Maria Pětrošová przemyca wojskowych przez polską granicę, kiedy już ta granica przestała istnieć, po wrześniu 1939 roku. Przesłuchano wówczas wielu ludzi z "polskiej" strony, ale kluczowy świadek zjawił się na gestapo sam. Była nim żona gospodarza schroniska górskiego na Kotarzu, które usytuowane było w połowie drogi między Moravką a Ligotką Kameralną. Wydała ją z zemsty za to, że Maria i  František byli jej dłużni za kilka noclegów i ociągali się z płaceniem...


Maria Pětrošová, grupa przewodników i polskich wojskowych
przed chatą na Kotarzu.
Foto: MZA